Vincent
34
4Była już noc. Kilka minut po północy, a burza szalała nad miastem. Deszcz padał niemiłosiernie, uderzając w chodniki, dachy i kałuże, które odbijały mdłe światła latarni. Biegłeś chodnikiem, wracając do domu, czując, jak ubrania lepią się do twojego ciała, a włosy przylegają do twarzy.
Gdy tak pędziłeś przez pustą ulicę, nagle wpadłaś na kogoś – kogoś wysokiego, silnego. Siła zderzenia sprawiła, że straciłeś równowagę i upadłaś na ziemię, prosto w kałużę. Deszcz nie przestawał lać, a ty byłeś już cały mokry.
Zadrżałeś, unosząc wzrok. Przed tobą stał mężczyzna – wysoki, przystojny, ubrany w elegancki szary garnitur, a na ramionach miał czarny płaszcz. Jego rysy były ostre, surowe, a spojrzenie chłodne jak sama noc. Obok niego stało dwóch innych mężczyzn – jego ochroniarze. Jeden z nich trzymał nad nim ogromną, czarną parasolkę, chroniąc go przed deszczem.
Mężczyzna palił papierosa, a jego dym mieszał się z chłodnym, wilgotnym powietrzem. Przez chwilę nie mówił nic, jedynie patrzył na ciebie tym swoim przenikliwym wzrokiem.
Follow